[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.och, tak, musi, przynajmniej przez chwilę.To najlepszy prezent, jaki ktokolwiek mi zrobił, zwłaszcza teraz - rzekł Van, a jego głos i oczy były pełne ciepła.Przeciągnął się, odrzucając lekko płaszcz w tył i sięgając rękoma wysoko ponad głowę, a potem jedną dłoń opusz­czając na kolano Stefena.- Mam oko magii, przez które mogę czerpać żywą moc wprost z ogniska, i jest mi dużo lżej.Nie zawsze mam czas, aby się nim posłużyć, lecz gdy to zrobię, ten kamień zwiększa mój zasięg i siłę.Rad jestem, że tobie zależało na mojej osobie na tyle, by wyszukać go dla mnie, ashke.- Uśmiechnął się, a Stefen poczuł ciepło rozlewające się po całym ciele.- Za godzinę śnieg powi­nien przestać padać.Nagła zmiana tematu nie zbiła Stefena z tropu, jak można by się tego spodziewać.- Więc to była wyczarowana pogoda.Dowiedziałeś się, skąd się to brało?- Niedokładnie.Gdzieś zza tego lasu, być może z gór.- Vanyel masował sobie prawe ramię.- To jest właśnie takie dziwne, Stef, nigdy nie słyszałem o żadnym potężnym magu pochodzącym z tych okolic.Kilku szamanów ple­miennych, to tak, ale nie mag klasy biegłego.- A kto mówi, że on musi być akurat stąd? - odparł Stef i ująwszy rękę Vanyela, zaczął mu ją masować.“Tra­ktuje mnie jak partnera, a nie jak ciężar.” - Mógł przecież przybyć tutaj skądkolwiek, z Pelagirs albo z Iftel, i zado­mowił się w tych stronach, bo tutaj nikogo nie ma.Tak właśnie postąpiłbym, gdybym był magiem chcącym zebrać siły przed podbojem świata.Pojechałbym tam, gdzie nie ma żadnych magów.Żadnych rywali, żadnej konkurencji.- To chyba dość sensowne - przyznał Van.- Posłuchaj, kochasiu, czy bardzo byś się zmartwił, gdybyśmy nie zostali tutaj parę dni, jak planowaliśmy, a wyruszyli o brzasku?- Powiedziałem ci już, że nie mam zamiaru utrudniać ci podróży - odrzekł Stefen, w duchu wzdychając z żalem.- Nie chcę zaczynać od łamania obietnicy.Skoro chcesz jechać, pojedziemy.- Miałem nadzieję, że to powiesz - odparł Van, zrzu­cając buty.Stef zdjął z niego płaszcz i zaczął się rozbierać, sądząc, że jak zwykle, operacje magiczne pozostawiły Va­nyela zbyt zmęczonego na cokolwiek poza snem.Dopóki nie poczuł na ciele dłoni wślizgujących mu się pod koszulę.- Chwileczkę - szepnął mu herold do ucha.- Po­zwól, że ci pomogę.To może być nasza ostatnia noc w pra­wdziwym łóżku, na długi czas.Rankiem, po owym krótkim epizodzie w stylu dawnego Vanyela, Van powrócił do swego nowego sposobu bycia: stał się zdystansowany, milczący, o nieczytelnej twarzy i zmę­czonych oczach.Stef westchnął, choć w istocie nie spodzie­wał się niczego innego.“Wiem przynajmniej, że w głębi serca, pod tą obsesją, jest wciąż tym samym człowiekiem - pomyślał, ubierając się w pokoju tak zimnym, że jego oddech natychmiast zamarzał w powietrzu.- Więc gdy się to wszystko skończy, będę go miał takim, jaki był kie­dyś.Już zaczynałem myśleć, że straciłem Vanyela, którego kocham.”Osiodłali wierzchowce i odjechali po krótkim pożegna­niu.Od początku wyprawy Stef zdążył się nauczyć, jak sa­modzielnie dbać o Melodię, i nie musiał się już zastanawiać, jak ją wyszczotkować czy osiodłać; teraz robił wszystko sam, nie czekając na pomoc parobka.Większość ich ładunku stanowił pokarm dla Yfandes i Melodii.W tych okolicach nawet w środku zimy można było znaleźć trochę obroku, a Vanyel umiał, gdy tylko ze­chciał, wymusić wzrost roślin nocą w ich kryjówkach.Mó­głby nawet, dzięki swemu darowi, przenieść tutaj niewielką ilość obroku ze spiżarni w koszarach Gwardii, i to właśnie prawdopodobnie zamierzał robić.Fakt jednak pozostawał faktem, że w zimowym lesie łatwiej było nakarmić ludzi niż konia i Towarzysza, a zatem ich potrzeby miały teraz pierwszeństwo przed potrzebami Vanyela i Stefena.Z chwilą gdy wyjechali zza osłony palisady otaczającej placówkę Gwardii, Stef ucieszył się bardzo ze swego no­wego ubrania, nawet jeśli było trochę pstrokate.Mimo iż niebo, zgodnie z obietnicą Vanyela, wypogodziło się i po raz pierwszy od wielu tygodni Stef ujrzał ponad wschodnim horyzontem Poranne Gwiazdy, Lythan i Leander - było zimniej aniżeli wówczas, gdy padał śnieg.Znacznie zimniej.Stefen nie czuł już nosa i bardzo był rad z wełnianego sza­lika, którym owinął sobie uszy pod kapturem płaszcza.Vanyel sięgnął wzrokiem ku wschodowi, gdzie niebo za­czynało się różowić, i lekko zmarszczył brwi.Nie powie­dział jednak nic, tylko pogonił Yfandes, kierując ją ku le­dwie dostrzegalnej przecince między drzewami, na coś, co tutaj spełniało rolę drogi.Słońce pięło się coraz wyżej i z chwilą gdy wisiało już ponad drzewami, Stef pojął, skąd te zmarszczone brwi Vanyela.Choć nieporównanie słabe w stosunku do letniego blasku, czyste światło słoneczne przelewało się pomiędzy konarami drzew, odbijając się od każdej powierzchni i po­dwajając, a nawet potrajając swe oślepiające działanie.Zie­mia iskrzyła się falującą połacią bieli, krzewy i zarośla wy­glądały jak kopczyki białości pobudzające oczy do łzawienia.Stef całkiem schował głowę pod kaptur i po paru chwilach jechał z przymrużonymi i niemal zupełnie zamkniętymi ocza­mi.Ulgę odczuli dopiero mijając lasek z drzewami iglasty­mi, które ocieniały drogę, zasłaniając słońce.Lecz gdy wy­szli z cienia, jaskrawe światło było dwukrotnie bardziej dokuczliwe niż wcześniej.Vanyel jednak pędził naprzód, mimo że Melodia, a nawet Yfandes, potykały się i kuśtykały, nie widząc, gdzie stawiają kopyta, i nie przeczuwając, jakie przeszkody kryją się w śnie­gu.Im bardziej oddalali się od granicy, tym cieńsza stawała się pokrywa śnieżna, ale i śnieg, i odbijające się odeń pro­mienie wciąż były tak samo dokuczliwe, nawet po południu.Dlatego nie zrobili nawet zwykłego postoju na posiłek i od­poczynek.W końcu Stef ściągnął cugle Melodii, zatrzymu­jąc ją.Jej oddech zamieniał się w parę.Klacz zwiesiła gło­wę, spocona i, rzecz jasna, wdzięczna za sposobność do przerwania marszu.Yfandes przeszła jeszcze kilkanaście me­trów, a potem stanęła.Minęło jeszcze parę chwil, zanim Vanyel zorientował się, że Stefena nie ma za nim.Wreszcie odwrócił się i popatrzył przymrużonymi oczami przez oślepiający śnieżny blask - zakapturzonego, odzia­nego w Biel herolda nie sposób było rozpoznać, a na tle śniegu wyglądał jak lodowy posąg.Jego głos zabrzmiał równie chłodno jak mroźne powietrze.- Dlaczego się zatrzymałeś?- Bo Melodia i Yfandes potrzebują odpoczynku, któ­rego ty nie uwzględniłeś - rzucił Stef bez ogródek.- Spójrz tylko na Yfandes, zobacz, jak ciężko dyszy, jak się poci! Nie ma już chirra, które torowały nam drogę w śniegu.Van, one obie potrzebują południowego odpoczynku bar­dziej niż kiedykolwiek.- Nie mamy czasu - uciął Vanyel.- Nie mamy wyboru - odpalił Stef.- Yfandes po­niesie cię, dopóki nie upadnie.Ale co zrobisz, jak ją zabi­jesz? - spiął piętami klacz, a ona sztywno i niechętnie przemierzyła kilka dzielących ich kroków.Wskazał na Yfan­des, która wyglądała tak samo jak Melodia: głowa zwieszo­na, oczy zamknięte, boki wydymające się od ciężkiego sa­pania [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • hanula1950.keep.pl